O tym jak umierałem, by zmartwychwstać

Dobiegłem do mety i zacząłem iść dalej. Nie miałem sił na uśmiech, na radość, na nic. Nie kontrolowałem w ogóle nóg, same prowadziły przed siebie, nieco koślawie. W głowie mi się strasznie kręciło, czułem jakbym miał na niej wielki, wirujący ciężar. Z najwyższym wysiłkiem podszedłem do dziewczyn z medalami. Schyliłem się i jedna z nich założyła mi trofeum na szuję, „dziękuję Piękna” powiedziałem. Idę dalej, a następna dziewczyna zarzuciła na mnie złotą folię. Następnie dostałem do ręki wodę, którą niemal od razu wypiłem, potem jeszcze izotonik, potem jeszcze banan… Cholera, folia ze mnie spadła, woda mi wypadła… Ledwie podniosłem te rzeczy, zobaczyłem matkę i siostrę przy barierce. Wyciągnąłem w ich kierunku rzeczy, przyjęła je matka. Ja również wyciągnąłem ręce i powiesiłem się na siostrze. Naprawdę powiesiłem, nie było już we mnie żadnych sił.

Po dłuższej chwili znów byłem w stanie myśleć. Zacząłem kuśtykać w stronę strefy dla zawodników. Czułem ogromny ból. Na szczęście był to ból mięśniowy, więc wiedziałem, że przejdzie. Najbardziej bałem się bólu kolan, ale wtedy (jeszcze) go nie doświadczyłem. Podszedłem do strefy masażu, ale gdy zobaczyłem kolejkę tysiąca biegaczy, to wiedziałem, że nie a na co liczyć. Pisali, że będzie też jakiś posiłek regeneracyjny, ale chyba chodziło o tego banana na mecie. Szkoda, zgłodniałem trochę. Podszedłem do namiotu z depozytem, położyłem się… To była długa chwila. Potem odebrałem plecak z tradycyjnym „dziękuję Piękna”. :)

Podszedłem do moich najwierniejszych kibiców, do matki, ojca i siostry. Przytuliliśmy się, dostałem od nich medal z napisem „dla pierwszego maratończyka w rodzinie”, zrobiliśmy sobie zdjęcia i poszliśmy(pokuśtykaliśmy) dalej. Weszliśmy do jakiejś fajnej knajpki. Co prawda byłem głodny, ale chciałem zjeść bardzo dużo, a niekoniecznie drogo, więc zamówiłem tylko czekoladę do picia. Och, jak wspaniale mi wtedy smakowała. Potem ojciec z siostrą pojechali po samochód tramwajem, a ja z matką po rzeczy do akademika. Położyłem się na łóżku, a matka mnie masowała, od razu poczułem się lepiej. Szkoda, że wciąż nogi tak nie miłosiernie bolały. Potem ruszyliśmy w stronę domu. Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się pod jakimś kościołem na mszę. Kościół był na małej górce. To była jedna z najcięższych wspinaczek. Ból był nie do opisania. Potem wreszcie dojechaliśmy do domu :)

Kolano o które tak bardzo się bałem, przestało boleć przy 15km i od tamtej pory w ogóle nie boli. Kilka dni po maratonie zaczęło mnie boleć drugie kolano i ciągle boli. Minął już miesiąc, a ja dalej nie biegam. Chyba w końcu przeprowadzę próbę swojej odwagi i pójdę samodzielnie do lekarza. Może da skierowanie na jakieś badania i wyśle do specjalisty. Zobaczymy wkrótce!