Maraton bez żadnego przygotowania, może mi się uda

Nie mogłem się zabrać za kolejny wpis. Strasznie rozprasza mnie, gdy współlokator siedzi przy biurku o bok. Weekendy też były ostatnio jakieś zajęte. Piszę nareszcie, muszę się pochwalić.

Do maratonu było już tylko kilka dni. Prawe kolano zaczynało boleć przy każdej najmniejszej próbie biegania. Taki stan utrzymywał się od pół roku. Z tego powodu w ogóle się nie przygotowałem do startu. W sumie może 10 razy byłem biegać po 5km. Musiałem w inny sposób zadbać o kondycję. Najbardziej osłabia mnie masturbacja. Udało mi się tego nie robić przez cały tydzień przed maratonem. Również na tydzień przed chciałem zrobić próbę generalną. Spróbować jeść żele energetyczne w biegu, zobaczyć, kiedy kolano zaczyna boleć, czy opaska na kolano uśmierzy ból, jakie tempo jest moim tempem „maratońskim”… Chciałem przebiec 15km. Tradycyjnie po 3 kilometrach zaczęło boleć kolano. Dobiegłem jeszcze do 5km i zatrzymałem się, żeby założyć opaskę na kolano. Poczułem, jak ściska staw i ból od razu mnie opuścił. Biegło się super. Kolejne 2km i zwolniłem, żeby zjeść żel energetyczny. Zjadłem, dalej wszystko super, żołądek w ogóle nie zareagował. Chciałem wrócić do biegnięcia i nagle w ściśniętym kolanie niewyobrażalny ból. Musiałem przysiąść, bo bym nie ustał. Zdjąłem opaskę i nic się nie zmieniło. Posiedziałem jeszcze ze 20 minut i pokuśtykałem do akademika. Ból ani trochę nie odpuszczał.

Następnego dnia ledwie chodziłem. Dokuśtykałem na zajęcia, z powrotem i już więcej nie chodziłem. Kolejnego dnia zacząłem normalnie chodzić, ale ból w kolanie wciąż był potężny. Przez następne dni nic się nie zmieniło. W czwartek po zajęciach odebrałem pakiet startowy. Bałem się, że na tym zakończy się mój udział w maratonie. W piątek zaczęły się imprezy towarzyszące. Bardzo chciałem zobaczyć, jak wygląda maraton na rolkach i jak idzie uczestnikom biegu na 10km. Było tam dosyć daleko i ból w kolanie jeszcze się wzmocnił. Rozmawiałem z rodzicami. Matka mówiła, żebym się wycofał, a ojciec, żebym przynajmniej wystartował i po kilku kilometrach, gdy będę przebiegał koło startu, żebym wtedy zrezygnował. Tak, żebym przynajmniej poczuł tę atmosferę i spróbował. Przyszła sobota, dzień przed startem. Po południu miało być „pasta party”. Czyli makaronu do woli dla każdego biegacza. Miałem na to nie iść, ponieważ czytałem, że firmy kateringowe zwykle chcą, aby ich makarony były jak najlepsze i dodają masę ciężko strawnych składników. Podszedłem, zobaczyłem, że to makaron z mięsem mielonym i sosem pomidorowym. To mi przecież nie zaszkodzi. Najadłem się do syta. Potem jeszcze byłem się wyspowiadać. Łatwiej biec, gdy ma się małą masę, nawet masa sumienia ma znaczenie. Kolano tak piekielnie bolało, że tego dnia byłem naprawdę bliski zadzwonienia do rodziców, żeby im powiedzieć, że nie mają po co przyjeżdżać, że się wycofuję. Ostatecznie nie zrobiłem tego.

Nadszedł w końcu wielki dzień, niedziela, maraton. Bardzo wczesna pobudka, trochę płatków owsianych z wodą i w drogę. Na przystanku już spotkałem kilku biegaczy. Byli z całej Polski, więc zostałem niejako przewodnikiem po komunikacji miejskiej. Gdy dotarliśmy na rynek, gdzie miał być start, to jakoś tak rozeszliśmy się bez pożegnania. Kolano ciągle bolało. Zaczęło kropić. Troszkę się poruszałem(nie chciałem się zmęczyć przed startem), potem oddałem rzeczy do depozytu i schowałem się pod jakimś parasolem sponsora biegu. Jeszcze było sporo czasu do startu, ale wszyscy zaczęli przebijać się w stronę linii startowej. Ja też poszedłem. Zaskoczyło mnie, jak wcześnie, bo jeszcze się nie rozgrzałem dokładnie. Przebijanie się przez kolejne strefy startowe, żeby dotrzeć do swojej było dosyć czasochłonne. W końcu dotarłem tam, gdzie miałem być i dostrzegłem z boku rodziców i siostrę. Czekali na mnie z takim zabawnym kapeluszem, w którym chciałem biec, żeby łatwo było mnie zidentyfikować w tłumie. Zapomniałem zabrać go z domu, gdy byłem tam 2 tygodnie wcześniej. Dali mi ten kapelusz, zrobili zdjęcia i przytulili. Poczułem moc, choć kolano wciąż bolało.

Nareszcie start. Wszyscy zaczęliśmy biec…, by po 5 metrach przystanąć. Ruszanie tak wielką grupą nie jest łatwe. Przeszliśmy wszyscy jeszcze 100m przez kolejne strefy startowe, zanim na dobre zaczęliśmy biec. Modliłem się po cichu, wszystkie swoje myśli koncentrując na tym, by jak najdelikatniej kłaść prawą stopę, żeby kolano nie bolało. Ono i tak bolało, jak cholera. Po 5km spotkałem znowu swoich kibiców, minęliśmy też kilka punktów dopingu z muzyką. Wszyscy mnie wyprzedzali, ale nie przejmowałem się tym. Miałem plan. Plan był taki, żeby oszczędzać kolano. Brałem udział w czymś tak wspaniałym, jak maraton, a jedyne o czym myślałem, to jak oszczędzać kolano. Mijały kilometry, wszyscy co mieli mnie wyprzedzić, już to zrobili. Zostałem tylko ja, modlitwa do Boga, żeby zabrał ból z kolana i moja walka o delikatne stąpanie prawą nogą. Tylko to siedziało w mojej głowie. Kolejne punkty dopingu, kolejne punkty żywienia… Miałem wrażenia, że ból ustaje, ale wciąż bałem się, że zaatakuje znienacka i będę musiał się wycofać. Po 20km Bóg mnie wysłuchał. Przestałem odczuwać jakikolwiek ból. Przebiegłem jedną z dwóch pętli, 20km za mną. Znów spotkałem moich osobistych kibiców i powiedziałem im nowinę, że Bóg zabrał ból, że przebiegnę.

Wtedy już wiedziałem, że przebiegnę. Kolano przestało boleć, nie czułem zmęczenia(powolne tempo i chyba wrodzona kondycja, bo przecież się nie przygotowywałem). Zjadłem sobie mój drugi, ostatni żel energetyczny, zacząłem sobie oglądać ludzi, machać do nich, cieszyć się biegiem. Nie czułem zmęczenia, ale nie chciałem przyspieszać, postanowiłem, że jeżeli jakiekolwiek siły mi zostaną, to najwyżej zafiniszuję. Wiedziałem też, że pod żadnym pozorem nie mogę przestać biec(ani się zatrzymać, ani zacząć iść). Musiałem cały czas biec. Bałem się, że gdy przestanę biec, to potem przy próbie powrotu do biegu kolano znów zacznie boleć. Bałem się, że będzie jak wtedy gdy założyłem opaskę na próbie generalnej.

Potem pojawił się 30km. Zaczęło mi się kręcić w głowie. Teraz już wiem, że było to spowodowane zbyt małą ilością jedzenia w czasie biegu. Wtedy bałem się o swój żołądek i nie chciałem dużo jeść. Ciągle biegłem, już ponad 3h. W głowie się kręciło, więc teraz wszystkie siły poszły na to, by ciągle biec. Żeby tylko kolano nie rozbolało, gdy przystanę. Pojawił się 50m podbieg o niewielkim nachyleniu. Nogi nagle przestały biec i zaczęły iść. Podszedłem spory kawałek, odpocząłem. Potem z wielkim bólem zacząłem biec i udało się dobiec do kolejnego punktu z wodą. Wziąłem kubek i znów zacząłem iść. Długo szedłem, ale znów udało mi się zacząć biec. Zrobiłem to z wielkim bólem. Na szczęście nie był to ból stawów, a ból mięśni. Były po prostu zmęczone, także spoko. Dobiegłem do kolejnego punktu żywienia. W sumie to rację mają ci, co mówią że prawdziwy maraton zaczyna się po 30km. Trzeba wtedy zmierzyć się ze ścianą, którą stawia organizm. Byłem już na 35km. Już tak niedaleko. Ale zawroty głowy i ból nóg były potężne. Te ostanie 7km było na zasadzie 100m spaceru i 50m biegu. Już do mety w tych proporcjach. Na punktach żywienia już mi było wszystko jedno co z moim żołądkiem. Jadłem wszystko, banany, batony, żele, izotoniki woda… wszystko. Ciało spocone, zacząłem marznąć, ale nie byłem w stanie nic z tym zrobić. Kilku biegaczy mnie wyprzedziło, z kilkoma się ścigałem(też przeszli na styl 100m marszu, 50m biegu). Świat w mojej głowie zaczął wirować. Po baaardzo, baaardzo długim czasie dotarłem na bruk. To znak, że zbliżam się do rynku, że meta już niedaleko. Przebiegłem chyba 200m i znowu szedłem, nie dałem rady więcej. Podszedłem kawałek i zobaczyłem, że do mety już tylko 200m. Tyle jeszcze mi się udało. Wbiegłem na metę i to bardzo żwawym krokiem :)

Zmęczyłem się tym pisaniem. Na dniach opiszę jeszcze, co się działo po wkroczeniu na metę.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.