Jestem pięknym Narcyzem

Wracałem po weekendzie do akademika. Akademik ma windę, w końcu jest najwyższym budynkiem w okolicy. Stałem na parterze niecierpliwie patrząc na powoli zmieniające się piętra, na których znajduje się dźwig osobowy. Aż dziwne, że nikogo nie było obok. Zawsze w te wieczorne, niedzielne powroty byłem otoczony przez rzesze słoików, takich jak ja. Cieszyłem się, chociaż na koniec chwila intymności i spokoju. Winda w końcu przybyła na parter. Wsiadłem do środka, wcisnąłem guzik przy numerze stacji docelowej i zamknęły się drzwi. Byłem sam, więc postanowiłem obejrzeć się w lustrze. Och, jak ten widok mnie ucieszył.

Oprócz marzeń chwili, marzeń, które sami sobie wymyślamy typu: lody, frytki, Ford Mustang, zdany egzamin… Są również marzenia podświadome. Nie wypowiadamy ich na głos, po prostu dążymy i pożądamy. Jednym z takich marzeń było to, jak będę wyglądał, jako nastolatek. Nie jestem już nastolatkiem, ale to teraz nieistotne. W lustrze zobaczyłem przystojnego, blond młodzieńca z zarzuconym na ramię laptopem. Pewnego siebie i gotowego na wyzwania rzucane mu przez świat. W swoich marzeniach nie miałem tylko okularów, ale oprócz tego wszystko się zgadza. Nie ważne też, że moje życie jest w rozsypce. Marzyłem, żeby tak wyglądać, żeby być tym, kim jestem. Jak się domyślam, już nigdy w życiu nie będę wyglądał lepiej. Żałuję, że nie do końca potrafię wykorzystać tę chwilę.

W głowie rysuje mi się jeszcze jeden taki obraz. Widziałem go kilka razy w czasie wakacyjnych podróży z rodzicami. Jechaliśmy autostradą i mijał nas delikatnie sportowy samochód. W środki siedział przystojny mężczyzna, a z boku piękna kobieta. Nic więcej nie potrzebowali. W drodze do pięknych miejsc, mając w bagażniku tylko najpotrzebniejsze rzeczy i oczywiście mając siebie. Wszystko czego nie mieli ze sobą, mogli zdobyć na miejscu. Byli piękni, młodzi, wolni i niezależni. Jechali pięknym samochodem. Później spotykaliśmy się  na alpejskim campingu. Na równiutkiej, nieznośnie zielonej trawie, pośród pięknych, wysokich gór, które otaczały nas ze wszystkich stron. Para leżała na kocu obok zgrabnego, dwuosobowego namiotu i rozkoszowała się czerwonym winem. Następnego dnia mężczyzna wrzucił plecak do bagażnika i podjechali na początek szlaku. Tam dzięki swej młodości, sile i kondycji rozkoszowali się zdobywanymi szczytami. Po ciężkim dniu w górach znów mogli się długimi wieczorami wsłuchiwać w cykady, oraz szumiący niedaleko strumyk. Marzy mi się coś takiego, a przynajmniej coś podobnego. Nie musi być samochód sportowy, nie muszą być alpy, nie musi być namiot. Po prostu trzymać w rękach swój ulubiony samochód, mieć z boku ukochaną kobietę i  jechać przed siebie czując tylko miłość. Miłość i nic innego, żadnych zmartwień.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.