Oj piękna pani widziana wczoraj w technikolorze

Pora w końcu wziąć się do nauki. Jak nauka, to zazwyczaj fizyka, jak fizyka to przepisywanie definicji wszelakich słów, bo połowy polecenia w zadaniu nie rozumiem. Skoro praca nie wymaga myślenia, to może muzyczka do tego. Jak muzyczka to pewnie youtube coś podpowie. Jak ma podpowiedzieć, to coś co ostatnio słuchałem. Tak mnie wzięło na chillstep(chyba), ponieważ jest spokojny, jednostanny i nie przejmuje uwagi mózgu od rzeczy ważniejszych, czyli nauki. Zasubskrybowałem jakiś kanał z całkiem fajnymi piosenkami, odpaliłem playlistę… Słowem stanowisko pracy przygotowane.

Filmiki na playliście polegają na tym, że gra muzyka i jest do niej jakieś zdjęcie, lub nakręcona jest modelka w czasie spaceru po mieście, czy gdzieś indziej. Na zdjęciu oczywiście też piękna dziewczyna. No właśnie… Uczę się, uczę, ale słyszę, że piosenka fajna, albo że skądś ją kojarzę, więc przełączam na kartę z yt, żeby zobaczyć tytuł. Moim oczom oczywiście ukazuję się wspaniała kobieta. Fotografowie i modelki mają już olbrzymie doświadczenie w tym, co jest piękne. Nie ma negliżu, nie ma wulgarnych spojrzeń, czy wyglądu. Te dziewczyny są takie piękne, ponieważ wyglądają tak naturalnie. Mimika, ruchy dokładnie takie, jak można spotkać na ulicy, czy na zajęciach. Zachowania, których nie spotyka się u mężczyzn, lecz wyłącznie u kobiet. Ich wdzięk, delikatność, po prostu piękno.

Za każdym takim spojrzeniem „na tytuł piosenki”, wpatruję się przez 10 sekund w te cudowne oblicza. Nagroda za kolejne 4 minuty pilnej nauki. Pani w ekranie spogląda na mnie tak, jakbym z uwagą słuchała tego co do niej mówię, lub jakby szukała mojego spojrzenia i nareszcie je znajdowała. Patrzę na to też pod trochę innym kontem. W tej chwili to, co odrywa mnie od porno to maraton. Po upadku jestem słaby, zmęczony, niewyspany, przez kilka dni w ogóle nie mam kondycji. Jedyne co mnie ciągnie do porno to podniecenie. Brzydzę się tym. Brzydzę się nawet najpiękniejszą dziewczyną, która tak po prostu mówi „bierz mnie”, brzydzę się za każdy razem, gdy widzę, że te dziewczyny się boją, bo nie znają partnera, lub gdy po prostu każdy kolejny stosunek to dla nich chleb powszedni. Nie ma w tym nic godnego, nic dumnego. Mam nadzieję, że po maratonie, gdy już konieczność utrzymania się w dobrej formie nie będzie miała znaczenia, mam nadzieję, że wtedy nie upadnę. Nie będę patrzył na kurwy na ekranie. Spojrzę na piękno, na kobiecość, na powab. W twarzy kobiety nigdy nie widać niczego podłego, w ustach kobiety nie słychać niczego upadlającego. Zawsze słychać tylko słowa wsparcia. Ich troskę, opiekuńczość i chęć pomocy. Mężczyzna wspomagany przez kobietę jest w stanie dokonać wielkich rzeczy.

Wzięło mnie na amory. Może to z powodu wiosny? Wszystko rodzi się do życia, miłość czuć w powietrzu. Dziewczęta zdejmują potężne płaszcze i znowu można podziwiać płeć piękną. Szkoda, że nie ma takiej u mego boku. Może kwestia czasu, a może najlepszym sposobem na zdobycie miłości jest bycie silnym i pokazywaniu sobą, że wcale nie potrzeba drugiej połówki. Może to przyciąga, to ignorowanie? Nie wiem. Wierzę w miłość od wejrzenia, że obydwu będzie nas ciągnęło do siebie, że nikt nie będzie musiał nikogo zdobywać.

Nauczę siebie żyć od początku do szpiku kości, do szpiku, do dna!

Życie jest jak droga. Chcemy dojść nieskończenie daleko, a mamy skończone możliwości. Droga ma różne fragmenty. Jest kręta, jest prosta, pod górkę, z górki… Czasem od kogoś schowanego w krzakach dostaniemy w ryj, czasem będziemy biec zbyt szybko i wypadniemy z drogi, czasem ktoś weźmie nas stopem i podwiezie kawałek, czasem w spiekocie nie ma kogo prosić o pomoc, czasem nie damy rady wyjść pod górę, innym razem przewrócimy się przy zbieganiu,  czasem nas ktoś napoi, innym razem okradnie. Niezliczona jest liczba analogii, symboli, które związują życie z drogą. Życie jest wieczne i droga jest wieczna, nigdy się nie kończy. Czas tu na Ziemi jest jak jeden dzień w czasie wiecznej wędrówki. Ile zdążymy przejść w tym czasie? Jak pięknie jest spotkać kogoś w drodze. Chwycić się za rękę, iść razem. Droga płynie milej, pomocna dłoń, rada cały czas jest obok. Potem stworzyć kogoś nowego. Gdy dla nas już skończy się dzień, ta osoba pójdzie dalej. Na odchodne otrzyma od nas wskazówki, jak iść. Pójdzie dalej w stronę wieczności. Będzie iść dalej, kiedy my zatrzymamy się na nocleg. Recepcjonista spojrzy na nas i będzie wiedział, czy dostaniemy pokój w piwnicy z grzybem na ścianie, czy apartament prezydencki na poddaszu.

Ciągle upadam. Świąt nie przeżyłem duchowo. Na uczelni słabe oceny. Jest źle. Maraton już za dwa tygodnie. Została już tylko nadzieja. „Masz nadzieję? Głupią matkę masz”

Jestem pięknym Narcyzem

Wracałem po weekendzie do akademika. Akademik ma windę, w końcu jest najwyższym budynkiem w okolicy. Stałem na parterze niecierpliwie patrząc na powoli zmieniające się piętra, na których znajduje się dźwig osobowy. Aż dziwne, że nikogo nie było obok. Zawsze w te wieczorne, niedzielne powroty byłem otoczony przez rzesze słoików, takich jak ja. Cieszyłem się, chociaż na koniec chwila intymności i spokoju. Winda w końcu przybyła na parter. Wsiadłem do środka, wcisnąłem guzik przy numerze stacji docelowej i zamknęły się drzwi. Byłem sam, więc postanowiłem obejrzeć się w lustrze. Och, jak ten widok mnie ucieszył.

Oprócz marzeń chwili, marzeń, które sami sobie wymyślamy typu: lody, frytki, Ford Mustang, zdany egzamin… Są również marzenia podświadome. Nie wypowiadamy ich na głos, po prostu dążymy i pożądamy. Jednym z takich marzeń było to, jak będę wyglądał, jako nastolatek. Nie jestem już nastolatkiem, ale to teraz nieistotne. W lustrze zobaczyłem przystojnego, blond młodzieńca z zarzuconym na ramię laptopem. Pewnego siebie i gotowego na wyzwania rzucane mu przez świat. W swoich marzeniach nie miałem tylko okularów, ale oprócz tego wszystko się zgadza. Nie ważne też, że moje życie jest w rozsypce. Marzyłem, żeby tak wyglądać, żeby być tym, kim jestem. Jak się domyślam, już nigdy w życiu nie będę wyglądał lepiej. Żałuję, że nie do końca potrafię wykorzystać tę chwilę.

W głowie rysuje mi się jeszcze jeden taki obraz. Widziałem go kilka razy w czasie wakacyjnych podróży z rodzicami. Jechaliśmy autostradą i mijał nas delikatnie sportowy samochód. W środki siedział przystojny mężczyzna, a z boku piękna kobieta. Nic więcej nie potrzebowali. W drodze do pięknych miejsc, mając w bagażniku tylko najpotrzebniejsze rzeczy i oczywiście mając siebie. Wszystko czego nie mieli ze sobą, mogli zdobyć na miejscu. Byli piękni, młodzi, wolni i niezależni. Jechali pięknym samochodem. Później spotykaliśmy się  na alpejskim campingu. Na równiutkiej, nieznośnie zielonej trawie, pośród pięknych, wysokich gór, które otaczały nas ze wszystkich stron. Para leżała na kocu obok zgrabnego, dwuosobowego namiotu i rozkoszowała się czerwonym winem. Następnego dnia mężczyzna wrzucił plecak do bagażnika i podjechali na początek szlaku. Tam dzięki swej młodości, sile i kondycji rozkoszowali się zdobywanymi szczytami. Po ciężkim dniu w górach znów mogli się długimi wieczorami wsłuchiwać w cykady, oraz szumiący niedaleko strumyk. Marzy mi się coś takiego, a przynajmniej coś podobnego. Nie musi być samochód sportowy, nie muszą być alpy, nie musi być namiot. Po prostu trzymać w rękach swój ulubiony samochód, mieć z boku ukochaną kobietę i  jechać przed siebie czując tylko miłość. Miłość i nic innego, żadnych zmartwień.