Koniec wakacji

Czas na podsumowania. Wakacje dobre, ale nie wspaniałe. Wiele planów, wiele rozczarowań. Tyle w skrócie. Lipiec był dobry. Świetny wyjazd, rekord dni szczęścia… W sierpniu było gorzej. Ciągle upadałem, brakowało motywacji na postanowienia. Skończyło się na paru ćwiczeniach, prawie codziennym bieganiu i kilku spotkaniach ze znajomymi. Teraz trzeba użyć wszystkich sił, by rok szkolny był lepszy.

Wolny w klatce

Jadę motorem. Pode mną silnik drży na wszystkie strony. Słyszę tylko dźwięk silnika i śpiew ptaków. Nie widzę żadnego człowieka. Po bokach ściany lasu, a w dole rwący potok. Niczym, ani nikim nie muszę się martwić, przejmować. Jestem zupełnie sam. A potem biegnę. O łydki ocierają się pokrzywy mokre jeszcze poranną rosą. Od czasu do czasu przepłoszę bażanta, lub czaplę. Wróble rozespane latają, niemal się o mnie obijając. Żadnego człowieka dookoła. Gdy coś mi się stanie, nikt mnie nie znajdzie. Stoję na rynku w Krakowie. Wszędzie tłum ludzi. Nikt mnie nie widzi, nie dostrzega. Mogę się rozebrać i tak nikt nie spojrzy. Odsuwam się przed kolejnymi wycieczkami. Sam wśród ludzi. Jeden z wielu, nieważny. A potem odlatuję. Zostawiam ciało na Ziemi i trwam między niebem, a ziemią. Patrzę prosto w swoje zamknięte powieki i płacz osób dookoła. Spoglądam na wszystko z góry, bez wyrzutów i smutku. Podlatuję do góry, to znowu na dół. Wkrótce wracam.

3 dzień szczęścia.

Odprdlcie się!!!

Mam dość rodziny. Wszystko zaczyna mnie irytować. Zamykam się w pokoju, albo w warsztacie. Nie chcę tam wracać. A może tylko mi się wydaje. Może po prostu jestem rozdrażniony po kolejnym upadku. Nie potrafię się wtedy zachować normalnie i wszystkich drażnię. Uwzięli się i tępią szkodnika. Wszyscy, wszyscy odnoszą swój triumf, tylko ktoś cierpi. Po trupach do celu cały czas, przez całe życie. Nie pomoże już tabliczka czekolady, rozmowa z przyjacielem. Jest zbyt późno na wszystko, niczego nie da się odwrócić. Nie płaczę, smutno mi i czegoś wciąż brak. Znów wszystko poszło nie tak.

Nienawidzę wspólnych posiłków, natomiast starzy je ubóstwiają. Drą się na cały dom, czemu jeszcze się wszyscy nie zebraliśmy. W czasie jedzenia symulowane jest coś na kształt dialogu. Starzy rozmawiają, siostra czasem zada debilne pytanie, na które zna odpowiedź. Gdy chcę coś powiedzieć od razu mi się przerywa. Po kilku próbach, gdy już dojdę do głosu „zamknij się!!”. WTF? Cokolwiek powiem zawsze źle. Gdy jestem już z kimś sam na sam, to rozmowa się układa. Nie słuchają. Dochodzi do tak komicznych sytuacji, że już nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Siostra ciągle obrzuca oszczerstwami. Kupują je, jak na wyprzedaży. Ciągle mi się dostaje. Matka widzi tylko, jak siedzę za komputerem. Co z tego, że cały dzień spełniałem każde jej polecenie i o 22 chcę sprawdzić pocztę. Starzy sądzą, że mi się nudzi. Siostra wpierla cały dzień czekolady, a ja pracuję. Do dupy takie wakacje.

Moje postanowienia realizuję. Codziennie rano biegam, a wieczorem ćwiczę. Cieszy mnie, gdy z dnia na dzień podnoszę większe ciężary i z mniejszym wysiłkiem przebiegam coraz dłuższe dystanse. Boję się, że gdy zacznie się szkoła zacznie brakować na to czasu. Nie spotykam się z kolegami. Zawsze było mi z nimi ciężko. Przyjaciel pracuje całe wakacje daleko stąd. Spotkałem się raz z koleżankami. Teraz organizują ognisko na koniec wakacji. Znowu będę rodzynkiem. Miłe i żałosne. Chciałbym zrobić coś więcej, coś dla siebie, ale rodzice ciągle wołają do zajęć. Już wiem, że nie zdążę napisać 20 wierszy na konkurs. Główna nagroda to wydanie tomiku poezji. Zostały tylko dwa tygodnie. A ja mam tylko kilka wierszy. Walczę. Wczoraj pierwszy raz rozmawiałem na skajpaju z koleżanką z ukrainy(do tej pory czatowaliśmy). Zainspirowała mnie. Imponuje mi to, jak dąży do spełnienia marzeń. Ja też tak chcę. Ogarnę się. Chcę, żeby to był mój najlepszy rok szkolny ever.



Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a Lennego bym nie miał…

Pokazał mi to katecheta przygotowujący do bierzmowania. W różnych fragmentach w miejsce jednego słowa podstawiamy swoje imię. Można później inaczej spojrzeć na całość. Nie będę dzielił się swoim komentarzem, bo każdy może zinterpretować to inaczej.

Pierwszy fragment to „Hymn o miłości”(1 Kor 13)Tutaj podstawiamy swoje imię zamiast słowa „miłość”:
Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
2 Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
3 I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
4 Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
5 nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
6 nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
7 Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
8 Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.
9 Po części bowiem tylko poznajemy,
po części prorokujemy.
10 Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.
11 Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko,
czułem jak dziecko,
myślałem jak dziecko.
Kiedy zaś stałem się mężem,
wyzbyłem się tego, co dziecięce.
12 Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
13 Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:
z nich zaś największa jest miłość.

Kolejnym fragment pochodzi z „Ewangelii wg. Piłata” Erica Schmitta
Tutaj swoje imię zamiast „Salome”:
Salome wracała do pałacu, wielkiego, ciemnego pałacu pod księżycem. Salome wracała z
cmentarza, gdzie opłakiwała śmierć Rabbiego. Salome była smutna, wieczór był zimny, a ziemia
czarna. Początkowo Salome nie zauważyła mężczyzny, stojącego w przedsionku. Ale głos ją
zatrzymał: „Kogo opłakujesz, Salome?” Mężczyzna był wysoki i szczupły, z kapturem cienia na
głowie. Salome nie odpowiada nieznajomym. Jednak głos nie pozwalał przejść Salome.
„Opłakujesz Jeszuę, wiem, ale nie masz racji”. „Dlaczego się wtrącasz? Opłakuję, kogo chcę!”
Mężczyzna podszedł bliżej, i Salome poczuła się bardzo poruszona. „Nie opłakuj już dłużej
Jeszui. Wczoraj skonał, lecz dzisiaj zmartwychwstał”. Mężczyzna stał całkiem blisko, ze
zwieszonymi dużymi dłońmi. Jego głos coś przypominał, jego oczy także. Lecz półmrok panujący
w wysokim i ciemnym pałacu zakrył oczy Salome. „Kim jesteś?” Wtedy odrzucił kaptur i Salome
go rozpoznała. Padła na kolana. „Salome,
wstań. To ciebie wybrałem jako pierwszą. Wiele grzechów popełniłaś, Salome, ale ja cię kocham
i przebaczyłem ci. Idź, zanieś Dobrą Nowinę wszystkim. Idź!” Lecz Salome płakała tak bardzo,
że nie była w stanie się ruszyć, a gdy osuszyła łzy, jego już przy niej nie było. Otrzymała jednak
Dobrą Nowinę: Jeszua ją kocha. Powrócił ze świata zmarłych. A Salome opowiada i wciąż będzie
głosić Dobrą Nowinę wszystkim ludziom.

Niezwykłe doświadczenie, co?

U mnie też pora na zmiany

Ilekroć wchodzę w katalog blogów, w życie rodzinne zawsze większość blogów dotyczy zmian typu „schudnę/poćwiczę”. Często kończy się na jednym wpisie, ale czasem jest coś więcej. Denerwują mnie takie wpisy. No cóż, ja też będę denerwujący. Odkąd coraz mniej się masturbuję mam więcej energii i czasu. Postanowiłem coś z tym zrobić. To będzie metamorfoza, jak z reklam środków na przyrost mięśni, ale ja naturalnie. Bez chemii. Dzisiaj 19 sierpnia. 1 dzień szczęścia, 1 dzień ćwiczeń. Zaczynamy!

1 dzień

Na ulicy

Gdy idę sobie ulicą wiele jest zachowań, które szczerze mnie dziwią. Są bardziej, lub mniej przyjemne. Gdy mijam multum ludzi, to i zachowań multum. Najgorsze jest mijanie się z chłopakami w podobnym wieku. Wlepiają wzrok w moje oczy. Ja nie mogę być gorszy i też patrzę w oczy. Patrzymy tak, aż do momentu minięcia się. Jakby jeden z nas miał za moment rzucić się na drugiego, jakbyśmy zupełnie sobie nie ufali. Nie przepadam za tym. Często jeszcze trzeba trącić się ramionami. Kto się odsunie – przegrywa. Nie można zmienić toru drogi w czasie zderzenia. Inna dziwna sytuacja to staruszki. W społeczeństwie krąży masa stereotypów i ich zachowanie wynika pewnie z tego. Jestem wysokim nastolatkiem. Babcinki po prostu się mnie boją. Widzę to w ich oczach. Niepewnie się odsuwają, próbują wyminąć. Boją się, że coś im zrobię, lub coś zabiorę. Kolejne zachowanie to dziewczyny. Może im się choć trochę podobam(tak sobie to tłumaczę). Patrzymy na siebie. Uśmiecham się, ona ten uśmiech odwzajemnia. Po minięciu się odwracamy głowy i wciąż uśmiechnięci śledzimy siebie. Z pozostałymi mijam się po prostu. Każdy robi krok w bok, żeby było miejsce do przejścia, każdy podchodzi z tą samą obojętnością, nic specjalnego.

Już prawie 1000 wyświetleń. Cieszę się, że ktoś jednak tu wchodzi. Dziękuję.

Pierwsi chrześcijanie

Co rok pierwsze lekcje religii zaczynają się od omówienia życia pierwszych chrześcijan. Jak mieli ciężko. Jako jedyni podporządkowywali się prawu moralnemu, byli prześladowani… Tak na to patrzę z boku i sobie myślę, że przecież to zupełnie tak, jak my. Gdzie się nie obejrzę widzę goliznę. Pewnie jestem wyczulony na tym punkcie, ale tak jest. Nie ma już programu w tv, żeby prowadzący nie był homo. Zaczynam się czuć, jak retroseksualny. W mediach promuje się już tylko patologie. Czy to nie jest akt prześladowania?! Zaczynam się wstydzić swojej normalności. Morderstwa za wiarę wciąż są na całym świecie. Po 2000 lat, ale to nie zależnie od wyznania. Mam wrażenie, że cywilizacja europejska wraca mentalnością do czasów antyku. Powstaje masę wierzeń w dziwaczne rzeczy, ludzie wierzą w magię, wszędzie homozwiązki i golizna, współżycie z każdym dookoła, jeden uniwersalny język, „inni wracają do cyrków(Eurowizja)…

No to skoro jesteśmy już całkiem, jak pierwsi chrześcijanie, może warto zacząć kierować się podobnymi wartościami. W radiu mówili o modlitwie. Znowu to samo, ale jakże ważne. Żeby znaleźć w swoim dniu czas na modlitwę, żeby żyć modlitwą, wyczekiwaniem na modlitwę. Żeby w tym magicznym czasie wypełniać się Bogiem, jego bliskością. Nie trzeba mówić paciorków, ale one często pomagają. Widzę po sobie, że modlitwa naprawdę działa. Od kilku dni jestem stałym punktem mojej terapii jednego dnia. Wszystko zaczyna się układać. Nawet jeśli nie, to przyjmuję to z większym spokojem. Brzmi głupio i banalnie, co? Modlitwa ma naprawdę potężną moc.

Jestem neurotykiem

Chciałem napisać coś o sobie. Na jednym z blogów(przykro mi, nie pamiętam którym) natrafiłem na opis osoby neurotycznej. Mniej więcej coś takiego (opis nerotyzmu). Zupełnie, jakbym czytał o sobie. Wszystko się zgadza. To smutne. Pisze, że da się z tym walczyć. Dopiszę do listy rzeczy do zrobienie w ramach terapii jednego dnia.

„Kochani” staruszkowie na każdy kroku wypominają mi każdą wypisaną cechę: lęk, gniew, zazdrość, smutek czy poczucie winy. Boję się wszystkiego; wszystko mnie wkurza; nie mogę patrzeć, gdy ktoś inny rozśmiesza moich przyjaciół; cały czas mi smutno; wiem, że każdy kolejny upadek jest z mojej winy. Wypisz, wymaluj Lenny Valentino. Jestem neurotykiem.

Pupil odzwierciedla właściciela

„Powiedz mi co jesz, a powiem Ci, kim jesteś”"Powiedz mi, co oglądasz, a powiem Ci, kim jesteś”"…” Pupil również odzwierciedla człowieka. Takie moje obserwacje. Wychodzę na ulicę, widzę aktywnego człowieka z psem. Pies to owczarek. Mądry, lojalny… Widzę blondi. Obok niej pudelek. Małe i tępe… Rodzina klasy średniej, ocierająca się o stanowiska kierownicze. Kot. Pieprzony władca domu… Łatwo człowieka poznać po jego towarzyszu.

Wracam sobie do domu „Niech będzie …” „Wpuściłeś kota?”. I szlag mnie trafia. Wchodzę z kotem pod nogami do kuchni. „Hej, udało mi….” „Już jesteś kiciuś”. I te miny znajomych, gdy przerywa się im w pół zdania powitaniem kota. Tak, jestem zazdrosny o te grubego futrzaka!! Zwierzak musi być duży, żeby mu się mózg zmieścił. Np. fajny pies. Przez mój dom znienawidziłem koty. Wszystko zaczyna mnie wkurzać.

A może to tylko smutek po kolejnym upadku mojej walki? Terapia jednego dnia jest dobra, ale trzeba wspomagać ją modlitwą. Dopiero po 2 tygodniach po upadku zaczynam się uśmiechać. Cały czas udaję.