O tym jak umierałem, by zmartwychwstać

Dobiegłem do mety i zacząłem iść dalej. Nie miałem sił na uśmiech, na radość, na nic. Nie kontrolowałem w ogóle nóg, same prowadziły przed siebie, nieco koślawie. W głowie mi się strasznie kręciło, czułem jakbym miał na niej wielki, wirujący ciężar. Z najwyższym wysiłkiem podszedłem do dziewczyn z medalami. Schyliłem się i jedna z nich założyła mi trofeum na szuję, „dziękuję Piękna” powiedziałem. Idę dalej, a następna dziewczyna zarzuciła na mnie złotą folię. Następnie dostałem do ręki wodę, którą niemal od razu wypiłem, potem jeszcze izotonik, potem jeszcze banan… Cholera, folia ze mnie spadła, woda mi wypadła… Ledwie podniosłem te rzeczy, zobaczyłem matkę i siostrę przy barierce. Wyciągnąłem w ich kierunku rzeczy, przyjęła je matka. Ja również wyciągnąłem ręce i powiesiłem się na siostrze. Naprawdę powiesiłem, nie było już we mnie żadnych sił.

Po dłuższej chwili znów byłem w stanie myśleć. Zacząłem kuśtykać w stronę strefy dla zawodników. Czułem ogromny ból. Na szczęście był to ból mięśniowy, więc wiedziałem, że przejdzie. Najbardziej bałem się bólu kolan, ale wtedy (jeszcze) go nie doświadczyłem. Podszedłem do strefy masażu, ale gdy zobaczyłem kolejkę tysiąca biegaczy, to wiedziałem, że nie a na co liczyć. Pisali, że będzie też jakiś posiłek regeneracyjny, ale chyba chodziło o tego banana na mecie. Szkoda, zgłodniałem trochę. Podszedłem do namiotu z depozytem, położyłem się… To była długa chwila. Potem odebrałem plecak z tradycyjnym „dziękuję Piękna”. :)

Podszedłem do moich najwierniejszych kibiców, do matki, ojca i siostry. Przytuliliśmy się, dostałem od nich medal z napisem „dla pierwszego maratończyka w rodzinie”, zrobiliśmy sobie zdjęcia i poszliśmy(pokuśtykaliśmy) dalej. Weszliśmy do jakiejś fajnej knajpki. Co prawda byłem głodny, ale chciałem zjeść bardzo dużo, a niekoniecznie drogo, więc zamówiłem tylko czekoladę do picia. Och, jak wspaniale mi wtedy smakowała. Potem ojciec z siostrą pojechali po samochód tramwajem, a ja z matką po rzeczy do akademika. Położyłem się na łóżku, a matka mnie masowała, od razu poczułem się lepiej. Szkoda, że wciąż nogi tak nie miłosiernie bolały. Potem ruszyliśmy w stronę domu. Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się pod jakimś kościołem na mszę. Kościół był na małej górce. To była jedna z najcięższych wspinaczek. Ból był nie do opisania. Potem wreszcie dojechaliśmy do domu :)

Kolano o które tak bardzo się bałem, przestało boleć przy 15km i od tamtej pory w ogóle nie boli. Kilka dni po maratonie zaczęło mnie boleć drugie kolano i ciągle boli. Minął już miesiąc, a ja dalej nie biegam. Chyba w końcu przeprowadzę próbę swojej odwagi i pójdę samodzielnie do lekarza. Może da skierowanie na jakieś badania i wyśle do specjalisty. Zobaczymy wkrótce!

Maraton bez żadnego przygotowania, może mi się uda

Nie mogłem się zabrać za kolejny wpis. Strasznie rozprasza mnie, gdy współlokator siedzi przy biurku o bok. Weekendy też były ostatnio jakieś zajęte. Piszę nareszcie, muszę się pochwalić.

Do maratonu było już tylko kilka dni. Prawe kolano zaczynało boleć przy każdej najmniejszej próbie biegania. Taki stan utrzymywał się od pół roku. Z tego powodu w ogóle się nie przygotowałem do startu. W sumie może 10 razy byłem biegać po 5km. Musiałem w inny sposób zadbać o kondycję. Najbardziej osłabia mnie masturbacja. Udało mi się tego nie robić przez cały tydzień przed maratonem. Również na tydzień przed chciałem zrobić próbę generalną. Spróbować jeść żele energetyczne w biegu, zobaczyć, kiedy kolano zaczyna boleć, czy opaska na kolano uśmierzy ból, jakie tempo jest moim tempem „maratońskim”… Chciałem przebiec 15km. Tradycyjnie po 3 kilometrach zaczęło boleć kolano. Dobiegłem jeszcze do 5km i zatrzymałem się, żeby założyć opaskę na kolano. Poczułem, jak ściska staw i ból od razu mnie opuścił. Biegło się super. Kolejne 2km i zwolniłem, żeby zjeść żel energetyczny. Zjadłem, dalej wszystko super, żołądek w ogóle nie zareagował. Chciałem wrócić do biegnięcia i nagle w ściśniętym kolanie niewyobrażalny ból. Musiałem przysiąść, bo bym nie ustał. Zdjąłem opaskę i nic się nie zmieniło. Posiedziałem jeszcze ze 20 minut i pokuśtykałem do akademika. Ból ani trochę nie odpuszczał.

Następnego dnia ledwie chodziłem. Dokuśtykałem na zajęcia, z powrotem i już więcej nie chodziłem. Kolejnego dnia zacząłem normalnie chodzić, ale ból w kolanie wciąż był potężny. Przez następne dni nic się nie zmieniło. W czwartek po zajęciach odebrałem pakiet startowy. Bałem się, że na tym zakończy się mój udział w maratonie. W piątek zaczęły się imprezy towarzyszące. Bardzo chciałem zobaczyć, jak wygląda maraton na rolkach i jak idzie uczestnikom biegu na 10km. Było tam dosyć daleko i ból w kolanie jeszcze się wzmocnił. Rozmawiałem z rodzicami. Matka mówiła, żebym się wycofał, a ojciec, żebym przynajmniej wystartował i po kilku kilometrach, gdy będę przebiegał koło startu, żebym wtedy zrezygnował. Tak, żebym przynajmniej poczuł tę atmosferę i spróbował. Przyszła sobota, dzień przed startem. Po południu miało być „pasta party”. Czyli makaronu do woli dla każdego biegacza. Miałem na to nie iść, ponieważ czytałem, że firmy kateringowe zwykle chcą, aby ich makarony były jak najlepsze i dodają masę ciężko strawnych składników. Podszedłem, zobaczyłem, że to makaron z mięsem mielonym i sosem pomidorowym. To mi przecież nie zaszkodzi. Najadłem się do syta. Potem jeszcze byłem się wyspowiadać. Łatwiej biec, gdy ma się małą masę, nawet masa sumienia ma znaczenie. Kolano tak piekielnie bolało, że tego dnia byłem naprawdę bliski zadzwonienia do rodziców, żeby im powiedzieć, że nie mają po co przyjeżdżać, że się wycofuję. Ostatecznie nie zrobiłem tego.

Nadszedł w końcu wielki dzień, niedziela, maraton. Bardzo wczesna pobudka, trochę płatków owsianych z wodą i w drogę. Na przystanku już spotkałem kilku biegaczy. Byli z całej Polski, więc zostałem niejako przewodnikiem po komunikacji miejskiej. Gdy dotarliśmy na rynek, gdzie miał być start, to jakoś tak rozeszliśmy się bez pożegnania. Kolano ciągle bolało. Zaczęło kropić. Troszkę się poruszałem(nie chciałem się zmęczyć przed startem), potem oddałem rzeczy do depozytu i schowałem się pod jakimś parasolem sponsora biegu. Jeszcze było sporo czasu do startu, ale wszyscy zaczęli przebijać się w stronę linii startowej. Ja też poszedłem. Zaskoczyło mnie, jak wcześnie, bo jeszcze się nie rozgrzałem dokładnie. Przebijanie się przez kolejne strefy startowe, żeby dotrzeć do swojej było dosyć czasochłonne. W końcu dotarłem tam, gdzie miałem być i dostrzegłem z boku rodziców i siostrę. Czekali na mnie z takim zabawnym kapeluszem, w którym chciałem biec, żeby łatwo było mnie zidentyfikować w tłumie. Zapomniałem zabrać go z domu, gdy byłem tam 2 tygodnie wcześniej. Dali mi ten kapelusz, zrobili zdjęcia i przytulili. Poczułem moc, choć kolano wciąż bolało.

Nareszcie start. Wszyscy zaczęliśmy biec…, by po 5 metrach przystanąć. Ruszanie tak wielką grupą nie jest łatwe. Przeszliśmy wszyscy jeszcze 100m przez kolejne strefy startowe, zanim na dobre zaczęliśmy biec. Modliłem się po cichu, wszystkie swoje myśli koncentrując na tym, by jak najdelikatniej kłaść prawą stopę, żeby kolano nie bolało. Ono i tak bolało, jak cholera. Po 5km spotkałem znowu swoich kibiców, minęliśmy też kilka punktów dopingu z muzyką. Wszyscy mnie wyprzedzali, ale nie przejmowałem się tym. Miałem plan. Plan był taki, żeby oszczędzać kolano. Brałem udział w czymś tak wspaniałym, jak maraton, a jedyne o czym myślałem, to jak oszczędzać kolano. Mijały kilometry, wszyscy co mieli mnie wyprzedzić, już to zrobili. Zostałem tylko ja, modlitwa do Boga, żeby zabrał ból z kolana i moja walka o delikatne stąpanie prawą nogą. Tylko to siedziało w mojej głowie. Kolejne punkty dopingu, kolejne punkty żywienia… Miałem wrażenia, że ból ustaje, ale wciąż bałem się, że zaatakuje znienacka i będę musiał się wycofać. Po 20km Bóg mnie wysłuchał. Przestałem odczuwać jakikolwiek ból. Przebiegłem jedną z dwóch pętli, 20km za mną. Znów spotkałem moich osobistych kibiców i powiedziałem im nowinę, że Bóg zabrał ból, że przebiegnę.

Wtedy już wiedziałem, że przebiegnę. Kolano przestało boleć, nie czułem zmęczenia(powolne tempo i chyba wrodzona kondycja, bo przecież się nie przygotowywałem). Zjadłem sobie mój drugi, ostatni żel energetyczny, zacząłem sobie oglądać ludzi, machać do nich, cieszyć się biegiem. Nie czułem zmęczenia, ale nie chciałem przyspieszać, postanowiłem, że jeżeli jakiekolwiek siły mi zostaną, to najwyżej zafiniszuję. Wiedziałem też, że pod żadnym pozorem nie mogę przestać biec(ani się zatrzymać, ani zacząć iść). Musiałem cały czas biec. Bałem się, że gdy przestanę biec, to potem przy próbie powrotu do biegu kolano znów zacznie boleć. Bałem się, że będzie jak wtedy gdy założyłem opaskę na próbie generalnej.

Potem pojawił się 30km. Zaczęło mi się kręcić w głowie. Teraz już wiem, że było to spowodowane zbyt małą ilością jedzenia w czasie biegu. Wtedy bałem się o swój żołądek i nie chciałem dużo jeść. Ciągle biegłem, już ponad 3h. W głowie się kręciło, więc teraz wszystkie siły poszły na to, by ciągle biec. Żeby tylko kolano nie rozbolało, gdy przystanę. Pojawił się 50m podbieg o niewielkim nachyleniu. Nogi nagle przestały biec i zaczęły iść. Podszedłem spory kawałek, odpocząłem. Potem z wielkim bólem zacząłem biec i udało się dobiec do kolejnego punktu z wodą. Wziąłem kubek i znów zacząłem iść. Długo szedłem, ale znów udało mi się zacząć biec. Zrobiłem to z wielkim bólem. Na szczęście nie był to ból stawów, a ból mięśni. Były po prostu zmęczone, także spoko. Dobiegłem do kolejnego punktu żywienia. W sumie to rację mają ci, co mówią że prawdziwy maraton zaczyna się po 30km. Trzeba wtedy zmierzyć się ze ścianą, którą stawia organizm. Byłem już na 35km. Już tak niedaleko. Ale zawroty głowy i ból nóg były potężne. Te ostanie 7km było na zasadzie 100m spaceru i 50m biegu. Już do mety w tych proporcjach. Na punktach żywienia już mi było wszystko jedno co z moim żołądkiem. Jadłem wszystko, banany, batony, żele, izotoniki woda… wszystko. Ciało spocone, zacząłem marznąć, ale nie byłem w stanie nic z tym zrobić. Kilku biegaczy mnie wyprzedziło, z kilkoma się ścigałem(też przeszli na styl 100m marszu, 50m biegu). Świat w mojej głowie zaczął wirować. Po baaardzo, baaardzo długim czasie dotarłem na bruk. To znak, że zbliżam się do rynku, że meta już niedaleko. Przebiegłem chyba 200m i znowu szedłem, nie dałem rady więcej. Podszedłem kawałek i zobaczyłem, że do mety już tylko 200m. Tyle jeszcze mi się udało. Wbiegłem na metę i to bardzo żwawym krokiem :)

Zmęczyłem się tym pisaniem. Na dniach opiszę jeszcze, co się działo po wkroczeniu na metę.

Oj piękna pani widziana wczoraj w technikolorze

Pora w końcu wziąć się do nauki. Jak nauka, to zazwyczaj fizyka, jak fizyka to przepisywanie definicji wszelakich słów, bo połowy polecenia w zadaniu nie rozumiem. Skoro praca nie wymaga myślenia, to może muzyczka do tego. Jak muzyczka to pewnie youtube coś podpowie. Jak ma podpowiedzieć, to coś co ostatnio słuchałem. Tak mnie wzięło na chillstep(chyba), ponieważ jest spokojny, jednostanny i nie przejmuje uwagi mózgu od rzeczy ważniejszych, czyli nauki. Zasubskrybowałem jakiś kanał z całkiem fajnymi piosenkami, odpaliłem playlistę… Słowem stanowisko pracy przygotowane.

Filmiki na playliście polegają na tym, że gra muzyka i jest do niej jakieś zdjęcie, lub nakręcona jest modelka w czasie spaceru po mieście, czy gdzieś indziej. Na zdjęciu oczywiście też piękna dziewczyna. No właśnie… Uczę się, uczę, ale słyszę, że piosenka fajna, albo że skądś ją kojarzę, więc przełączam na kartę z yt, żeby zobaczyć tytuł. Moim oczom oczywiście ukazuję się wspaniała kobieta. Fotografowie i modelki mają już olbrzymie doświadczenie w tym, co jest piękne. Nie ma negliżu, nie ma wulgarnych spojrzeń, czy wyglądu. Te dziewczyny są takie piękne, ponieważ wyglądają tak naturalnie. Mimika, ruchy dokładnie takie, jak można spotkać na ulicy, czy na zajęciach. Zachowania, których nie spotyka się u mężczyzn, lecz wyłącznie u kobiet. Ich wdzięk, delikatność, po prostu piękno.

Za każdym takim spojrzeniem „na tytuł piosenki”, wpatruję się przez 10 sekund w te cudowne oblicza. Nagroda za kolejne 4 minuty pilnej nauki. Pani w ekranie spogląda na mnie tak, jakbym z uwagą słuchała tego co do niej mówię, lub jakby szukała mojego spojrzenia i nareszcie je znajdowała. Patrzę na to też pod trochę innym kontem. W tej chwili to, co odrywa mnie od porno to maraton. Po upadku jestem słaby, zmęczony, niewyspany, przez kilka dni w ogóle nie mam kondycji. Jedyne co mnie ciągnie do porno to podniecenie. Brzydzę się tym. Brzydzę się nawet najpiękniejszą dziewczyną, która tak po prostu mówi „bierz mnie”, brzydzę się za każdy razem, gdy widzę, że te dziewczyny się boją, bo nie znają partnera, lub gdy po prostu każdy kolejny stosunek to dla nich chleb powszedni. Nie ma w tym nic godnego, nic dumnego. Mam nadzieję, że po maratonie, gdy już konieczność utrzymania się w dobrej formie nie będzie miała znaczenia, mam nadzieję, że wtedy nie upadnę. Nie będę patrzył na kurwy na ekranie. Spojrzę na piękno, na kobiecość, na powab. W twarzy kobiety nigdy nie widać niczego podłego, w ustach kobiety nie słychać niczego upadlającego. Zawsze słychać tylko słowa wsparcia. Ich troskę, opiekuńczość i chęć pomocy. Mężczyzna wspomagany przez kobietę jest w stanie dokonać wielkich rzeczy.

Wzięło mnie na amory. Może to z powodu wiosny? Wszystko rodzi się do życia, miłość czuć w powietrzu. Dziewczęta zdejmują potężne płaszcze i znowu można podziwiać płeć piękną. Szkoda, że nie ma takiej u mego boku. Może kwestia czasu, a może najlepszym sposobem na zdobycie miłości jest bycie silnym i pokazywaniu sobą, że wcale nie potrzeba drugiej połówki. Może to przyciąga, to ignorowanie? Nie wiem. Wierzę w miłość od wejrzenia, że obydwu będzie nas ciągnęło do siebie, że nikt nie będzie musiał nikogo zdobywać.

Nauczę siebie żyć od początku do szpiku kości, do szpiku, do dna!

Życie jest jak droga. Chcemy dojść nieskończenie daleko, a mamy skończone możliwości. Droga ma różne fragmenty. Jest kręta, jest prosta, pod górkę, z górki… Czasem od kogoś schowanego w krzakach dostaniemy w ryj, czasem będziemy biec zbyt szybko i wypadniemy z drogi, czasem ktoś weźmie nas stopem i podwiezie kawałek, czasem w spiekocie nie ma kogo prosić o pomoc, czasem nie damy rady wyjść pod górę, innym razem przewrócimy się przy zbieganiu,  czasem nas ktoś napoi, innym razem okradnie. Niezliczona jest liczba analogii, symboli, które związują życie z drogą. Życie jest wieczne i droga jest wieczna, nigdy się nie kończy. Czas tu na Ziemi jest jak jeden dzień w czasie wiecznej wędrówki. Ile zdążymy przejść w tym czasie? Jak pięknie jest spotkać kogoś w drodze. Chwycić się za rękę, iść razem. Droga płynie milej, pomocna dłoń, rada cały czas jest obok. Potem stworzyć kogoś nowego. Gdy dla nas już skończy się dzień, ta osoba pójdzie dalej. Na odchodne otrzyma od nas wskazówki, jak iść. Pójdzie dalej w stronę wieczności. Będzie iść dalej, kiedy my zatrzymamy się na nocleg. Recepcjonista spojrzy na nas i będzie wiedział, czy dostaniemy pokój w piwnicy z grzybem na ścianie, czy apartament prezydencki na poddaszu.

Ciągle upadam. Świąt nie przeżyłem duchowo. Na uczelni słabe oceny. Jest źle. Maraton już za dwa tygodnie. Została już tylko nadzieja. „Masz nadzieję? Głupią matkę masz”

Jestem pięknym Narcyzem

Wracałem po weekendzie do akademika. Akademik ma windę, w końcu jest najwyższym budynkiem w okolicy. Stałem na parterze niecierpliwie patrząc na powoli zmieniające się piętra, na których znajduje się dźwig osobowy. Aż dziwne, że nikogo nie było obok. Zawsze w te wieczorne, niedzielne powroty byłem otoczony przez rzesze słoików, takich jak ja. Cieszyłem się, chociaż na koniec chwila intymności i spokoju. Winda w końcu przybyła na parter. Wsiadłem do środka, wcisnąłem guzik przy numerze stacji docelowej i zamknęły się drzwi. Byłem sam, więc postanowiłem obejrzeć się w lustrze. Och, jak ten widok mnie ucieszył.

Oprócz marzeń chwili, marzeń, które sami sobie wymyślamy typu: lody, frytki, Ford Mustang, zdany egzamin… Są również marzenia podświadome. Nie wypowiadamy ich na głos, po prostu dążymy i pożądamy. Jednym z takich marzeń było to, jak będę wyglądał, jako nastolatek. Nie jestem już nastolatkiem, ale to teraz nieistotne. W lustrze zobaczyłem przystojnego, blond młodzieńca z zarzuconym na ramię laptopem. Pewnego siebie i gotowego na wyzwania rzucane mu przez świat. W swoich marzeniach nie miałem tylko okularów, ale oprócz tego wszystko się zgadza. Nie ważne też, że moje życie jest w rozsypce. Marzyłem, żeby tak wyglądać, żeby być tym, kim jestem. Jak się domyślam, już nigdy w życiu nie będę wyglądał lepiej. Żałuję, że nie do końca potrafię wykorzystać tę chwilę.

W głowie rysuje mi się jeszcze jeden taki obraz. Widziałem go kilka razy w czasie wakacyjnych podróży z rodzicami. Jechaliśmy autostradą i mijał nas delikatnie sportowy samochód. W środki siedział przystojny mężczyzna, a z boku piękna kobieta. Nic więcej nie potrzebowali. W drodze do pięknych miejsc, mając w bagażniku tylko najpotrzebniejsze rzeczy i oczywiście mając siebie. Wszystko czego nie mieli ze sobą, mogli zdobyć na miejscu. Byli piękni, młodzi, wolni i niezależni. Jechali pięknym samochodem. Później spotykaliśmy się  na alpejskim campingu. Na równiutkiej, nieznośnie zielonej trawie, pośród pięknych, wysokich gór, które otaczały nas ze wszystkich stron. Para leżała na kocu obok zgrabnego, dwuosobowego namiotu i rozkoszowała się czerwonym winem. Następnego dnia mężczyzna wrzucił plecak do bagażnika i podjechali na początek szlaku. Tam dzięki swej młodości, sile i kondycji rozkoszowali się zdobywanymi szczytami. Po ciężkim dniu w górach znów mogli się długimi wieczorami wsłuchiwać w cykady, oraz szumiący niedaleko strumyk. Marzy mi się coś takiego, a przynajmniej coś podobnego. Nie musi być samochód sportowy, nie muszą być alpy, nie musi być namiot. Po prostu trzymać w rękach swój ulubiony samochód, mieć z boku ukochaną kobietę i  jechać przed siebie czując tylko miłość. Miłość i nic innego, żadnych zmartwień.

Który to już raz upadam na twarz

Znowu upadałem i w ogóle nie miałem nastroju na pisanie tutaj. Powiedziałbym że czasu też, bo było dosyć intensywnie na uczelni, ale jak się chce, to czas zawsze by się znalazł. A secundo, że było tak wiele rzeczy do opisania, że na samą myśl mi się odechciewało. Po prostu na świeżo chciałem w kolejny wpis włożyć tyle uczuć i emocji, że byłby to najdłuższy wpis na tym blogu, a na to po prostu nie miałem siły. Długie pisanie w moim przypadku gubi myśl i sens. Dzisiaj piękna i słoneczna sobota. Ze spokojnym sercem mogę siąść i coś napisać.

Poszedłem na to spotkanie koła naukowego. Trochę się rozczarowałem działalnością koła. Poza spotkaniem raz w semestrze i organizacji wykładów prowadzonych przez pracowników różnych firm, to nie robią zupełnie nic. Zachęcają tylko do robienia projektów na konferencję projektów studenckich. Projekty typu „sam se rób, my możemy np. udostępnić mikrokontroler”. Nie podoba mi się to. Za rok, gdy będę miał większą wiedzę, to zrobię taki projekt. Będę czasem uczestniczył w tych szkoleniach. Ale to wszystko. W filmach społeczność akademicka wygląda dużo lepiej, choć może to tylko w chameryce…

Poszedłem na oazę. Na samym początku myślałem, że stamtąd ucieknę. Jak zobaczyłem, jak ci ludzie są obściskują, jacy życzliwi, jak wszyscy się przyjaźnią. No ja pierdziele, jak mnie mdliło. Cześć, jak masz na imię? O, Lenny! Jak dobrze, że przyszedłeś, wszyscy bardzo się cieszymy z twojej obecności. Ludzie, dajcie se spokój. Potem były modlitwy. Jak mnie wkurza, jak ludzie są tak niezwykle uduchowieni. Śpiewamy, a oni oczy zamknięte, głowy do góry, ręce też do góry, tak się dziwnie bujają. Nie wiem, ja tego aż tak nie czuję, wydaje mi się to dziwne. Potem przywoływanie Ducha Świętego półszeptem. Z jaką łatwością przychodzi im wymawianie sloganów! Że całe życie oddają, że każdą chwilą będą myśleć o Bogu, żeby przyszedł i napełniał. Od dziecka oazówki. Czy oni się kiedykolwiek zastanowili nad swoimi słowami. Ja jestem grzesznik, ja zdaję sobie sprawę z potęgi istot pozaziemskich, ja się zastanowię, zanim coś powiem. Potem jedna z dziewczyn wygłosiła konferencję o ewangelizacji. Co to znaczy, jak było kiedyś, jak jest dzisiaj… Spoko było, krótko. Potem podzieli nas na mniejsze grupy, przynieśli maaaaasę żarcia. Siedzieliśmy przy stolikach i dyskutowaliśmy o ewangelizacji. Były wyświetlone jakieś pytania pomocnicze, ale je zignorowaliśmy, bo każdy miał pewne swoje przemyślenia na ten temat. Szybciutko zleciał spory kawał czasu. To było po dniu kobiet, to potem poszliśmy na zaplecze, każdy dostał kwiatek i wręczył którejś dziewczynie. Potem jeszcze po kawałku ciasta i wspólne zdjęcie. Potem w małej grupce się jeszcze z kimś zagadałem. Było bardzo późno, gdy w końcu skierowaliśmy się z powrotem(przyszedłem z koleżanką, która już tam chodziła). Poszedłem tydzień później i już było tak sobie. Tematem zaufanie Bogu. W grupce każdy odpowiedział na pytania pomocnicze i tyle, do domu. Strasznie było sztywno. W tym tygodniu tematem był wpływ objawień na nas, na dzisiaj. Takie nudy, że nawet nie poszedłem. Będę uczęszczał tylko na ciekawe tematy.

Byłem też na festiwalu internetu rzeczy. Były naprawdę fajne warsztaty i wykłady. Po tym wydarzeniu wiem, co chcę w życiu robić i w jakim kierunku powinienem się rozwijać, by to osiągnąć. Jestem bardzo szczęśliwy z tego powodu. Jest to dla mnie bardzo wielka motywacja do nauki. Mówili także o wielu sposobach finansowania swoich pomysłów. Więc nie jestem skazany na korpo, może otworzę swoją wielką firmę. Wielką, bo naprawdę, jak podawali kwoty, które można otrzymać, to robiło wrażenie. Z nadzieją patrzę w przyszłość. Mam tylko nadzieję, że po 2020 źródełko nie całkiem wyschnie, że wciąż moja praca będzie potrzebna.

Potem byłem też na wykładzie z koła naukowego z wprowadzenia do mikrokontrolerów. Fajnie było, choć tylko 4 osoby na sali. Pokazał, jakie są możliwości i co można z nimi zrobić. To tylko upewniło mnie w słuszności w tym, czego powinienem sam się uczyć w swoim wolnym czasie.

Udało mi się też wiersz napisać po  bardzo długim czasie. Na jednej z fizyk byłem już tak bardzo zrezygnowany, że napisałem na środku kartki „gówno”. Zacząłem dopisywać do tego inne słowa i bardzo fajnie wyszło. Słowo „gówno” zamienię słowem „gałąź” i wystawię do gminnego konkursu poetyckiego. Jest kategoria do 21lat, więc ostatnia chwila. Kiedyś bardzo słabymi wierszami miałem 2-gie miejsce, więc teraz gdy poszukam po szufladach swoich wierszy i dodam ten nowy(lub więcej nowych, jeśli powstaną), to na pewno wygram. Nie będzie mnie na rozdaniu nagród w czerwcu, bo niestety w czasie moich zajęć, no ale trudno.

Miłego dnia czytelniku mojego bloga. Bardzo się cieszę, że tu jesteś :)
Cholera, zabrzmiało, jak to głupie powitanie w oazie. Po prostu chodzi mi o to, że przyjemniej się pisze, gdy jest więcej niż 1 wyświetlenie na dzień.

Elektryka prąd nie tyka

Dzieje się. Trzeba trochę pomyśleć o przyszłości. Takiej dalszej niż jutro i trochę bliższej niż emerytura. Już za jakiś czas będzie trzeba pójść do pracy. Kwestia roku, dwóch… Najwyższy czas zbierać rzeczy, którymi zapełnię swoje przyszłe CV, lub te, które przydadzą mi się we własnej firmie.

Zobaczyłem plakat kursu na eksploatację do 1kV. Długo się wahałem. Uznałem, że skoro na razie jedyne czego nauczyłem się na studiach to matma i fizyka. Dlatego nie mam żadnych podstaw, które pewnie są potrzebne do takiego kursu i późniejszego egzaminu. Później przez weekend rozmawiałem z rodzicami na skajpaju. Jak powiedziałem o tym ojcu, to radził pójść, że to tylko kilka stówek, a przyda się w życiu. Na nie przemawiał fakt, że taki certyfikat jest ważny tylko 5 lat. Ja ledwie skończę studia i ważność wygaśnie. Kurs miał się zacząć dzisiaj. Zajrzałem w końcu na stronę internetową i okazało się, że wczoraj skończył się termin na zapisanie. 2 osoby zrezygnowały, więc gdybym wtedy się zgłosił, to jeszcze miałbym szansę. Dostałem maila od ojca, w którym napisał, żebym pomyślał, jak dobrze będzie to wyglądać, gdy będę się starał o praktyki przez wakacje, czy później o pracę, że będę miał przewagę nad innymi kandydatami. Pisał też, żebym zapytał różne firmy lokalne, lub większe o to, jakich umiejętności oczekują od potencjalnych kandydatów. Ok, ale ja nawet nie wiem, co mogę umieć i jakie mogę chcieć stanowisko. Umiem tylko całki. Potem był nudny wykład to trochę pomyślałem i to faktycznie mogłoby się przydać. Będę kiedyś montował centralne sterowanie wszystkim w różnych budynkach i bez takiego certyfikatu nic nie zrobię. Ostatecznie jednak stchórzyłem. Nie mam żadnych podstaw naukowych. Kurs jest organizowany co roku, więc za rok będzie nawet lepiej dla mnie, bo certyfikat będzie ten rok dłużej ważny.

Jutro jest też spotkanie koła naukowego z mojego wydziału. Miałem dołączyć już w pierwszym semestrze, ale wtedy zupełnie nic nie umiałem. Teraz czuję się troszkę pewniej w niektórych dziedzinach. Ciągle jestem strasznie nieśmiały, więc w obawie o jakąś wpadkę zapytałem na fb, czy mogę jutro przyjść, żeby zobaczyć czym w ogóle zajmuje się koło, czy będę mógł w czymś wziąć udział. Odpisali, że oczywiście, że chętnie zapraszają, oraz na rozmowę po spotkaniu, czy mi się podoba i w ogóle. Pójdę, najwyżej będę siedział cicho i nic się nie stanie. Jeśli będzie coś interesującego to tylko dobrze dla mnie.

Poza tym to strasznie zarośnięty jestem. Szybko mi zleciały te bardzo krótkie ferie i nie podjechałem do fryzjerki. Wolę pójść do tej swojej, niż tutaj. Miałem nadzieję, że w tę sobotę nareszcie zetnę to siano z głowy. No to znowu wpadłem na coś interesującego. Będzie festiwal internetu rzeczy. Jakieś wykłady i warsztaty. Warsztaty sobie odpuszczę, bo zastrzegają, że dla tych, którzy coś ogarniali wcześniej. Za to prezentacje wyglądają bardzo ciekawie. Są głównie o tym, skąd wziąć pieniądze na biznes, jak zacząć, gdzie jest zapotrzebowanie na internet rzeczy, w jakich dziedzinach. Po prostu gotowa instrukcja dla mnie na następne kilka lat. Must be. Powiedziałem też ojcu o tym. Jest strasznie zakręcony na punkcie mikrokontrolerów, więc od razu stwierdził, że musi tam być. Dla mnie to nawet spoko, bo wrócę z nim do domu. Chociaż na tę noc i pół niedzieli. Mam masę prania i tęsknię.

Żałuję, że zmarnowałem dzisiejszy dzień. Naprawdę, poza obecnością na zajęciach nie zrobiłem zupełnie nic. Wierzę, że jutro uda mi się zrobić coś dobrego, wierzę w to bardzo mocno i tak się stanie.

Słonko świeci, wietrzyk wieje, zło tam stoi i rdzewieje

Jak powiedział tak zrobił. Wszystko zmierza ku dobremu. Spotkałem wczoraj przyjaciela z liceum. Kupiliśmy bilety na dzisiejszy mecz. Wpadnie dzisiaj wcześniej, obejrzymy mecz, posiedzimy chwilę u mnie, a potem do jednego z jego kolegów na domówkę. To będzie wspaniały dzień.

Miałem nieco zbyt leniwy poranek. Południe, a ja jeszcze nic nie zrobiłem. Pora wziąć się w garść. Na początek takie przyziemne sprawy. Muszę posprzątać, ogolić się pouczyć, ugotować obiad. Sił dodaje piękny, słoneczny widok z okna. Wszystko widać po horyzont. Do tej pory, jak był smog to widziałem tylko najbliższe budynki. W ogóle jest tak przyjemnie i ciepło. Całą zimę marzyłem o takich chwilach.

Ewangelizuję się. Trafiłem na dwie ciekawe rzeczy. Uznałem to za znak i się nimi zająłem. Siostra podesłała mi link do rekolekcji wielkopostnych na yt. Codziennie pojawia się nowy odcinek. Oglądam i zobaczymy co to z tego będzie. Wygląda zachęcająco. Na drugie trafiłem w internecie. Jeden psalm dziennie z indywidualnym rozważaniem. Dzisiaj będzie piąty. Mam nadzieję,, że nie będę świętoszkiem, tylko że faktycznie wpłynie to pozytywnie na moje życie.

No to co, módl się i pracuj. Przykre tylko to, że dzisiaj dopiero pierwszy dzień szczęścia. Długo wczoraj walczyłem, ale upadłem.

Zakochałbym się…

Myślę, że to już ten moment. Przez długi czas nie miałem najmniejszego zamiaru angażować się w żadne związki. Wychodziłem z założenia, że żeby kochać drugiego człowieka, trzeba najpierw pokochać siebie. Kochając siebie uczymy się kochać, no chociaż po trochu tak jest. Ciągle siebie nienawidziłem za te ciągłe upadki, niezdarność, cichość. Dosyć z tym. Zaczyna się nowy semestr. Mam z tym związane wielkie plany. Są to moje postanowienia noworoczne. Wiem, że aby spotkać tą jedyną muszę wyjść do ludzi. Siedzę za tym komputerem, za tym porno i to nie ma żadnego sensu. Dziewczyny przecież też szukają chłopaków, też mają podobne plany i marzenia do moich. Jestem mądry i przystojny, więc wystarczy tylko podejść i zagadać. Spotykać w czasie różnych wydarzeń, aktywności.

Plan jest pora na realizację. Przede wszystkim oaza w duszpasterstwie akademickim. Na te spotkania wybierałem się już w pierwszym semestrze. Może nie będzie to zbyt efektywne towarzysko, ale duchowo na pewno. Dzisiaj jest spotkanie formacyjne, ale niestety nie idę. Miałem iść na piwo z ziomkami, to też nie idę, bo IEM wkrótce i wyjechali do domu. Szlag by to. Skończyło się, że ani na jedno, ani na drugie nie poszedłem.
Drugie to wyjazdy w góry. Tutaj jest szersze spektrum możliwości. Będę śledził wyjazdy ze wszystkich uczelni w mieście. Z mojej, jak patrzyłem, to jeżdżą dosyć rzadko. Do tego jest to uczelnia techniczna, więc głównie chłopaki. Mam znajomą, która chodzi do uczelni humanistycznej, u nich koło turystyczne działa prężniej, więc mam nadzieję, że uda się coś ogarnąć. Kolejne to siostrzyczka mówiła, że planuje ze współlokatorką kilka wyjazdów w góry. Mogę jechać z nimi, lub zabrać kilku znajomych. Myślę, że to będzie wspaniałe. Zostaje też  możliwość jeżdżenia w góry zamiast wf, spotkanie organizacyjne jest jutro wieczorem, ale średnio mi się to widzi.
Kolejny sposób na poznanie ludzi, to poznawanie ludzi. Gdy zostanę w akademiku na weekend, to zawsze mogę kogoś z grupy, lub z akademika zaprosić na bilard. Czekając na autobus też można ludzi zagadać. Trzeba być odważnym. Ludzie potrzebują kontaktu. Jeżeli nie, to przecież powiedzą, nic złego się nie stanie.

Także plany są ambitne. Jako że jestem w 100% introwertykiem, będzie to dla mnie spore wyzwanie. Co tam, przecież dam sobie radę. W pierwszym semestrze przeżywałem dramaty, teraz pora żyć pełnią życia!

Człowiek jest warte tyl, co jego słowo

Chyba jedna z najprostszych miar prawdziwej wartości każdego człowieka. Gdy spotykamy człowieka pierwsze wrażenie, często powierzchowne, to oczywiście wygląd. To co ważniejsze to jego słowa, treść, jaką ma do zaoferowania, to co siedzi w jego wnętrzu. Po tych dwóch elementach mamy już kompletny obraz człowieka w swojej głowie. W końcu milcząc sprawiamy wrażenie głupiego, po odezwaniu się, rozwiewamy wszelkie wątpliwości.

Przeprowadziłem się. Mieszkam w sporej parafii i dopiero odkrywam tutejszych księży. Obserwuję jedynie, że spowiednik za każdym razem mnie opieprza. Jest to dla mnie coś nowego. Ze względu na ciągle powracające do mnie porno chodzę do spowiedzi nieco częściej niż przeciętny katolik. Ostatnio ksiądz w konfesjonale rzucił mi na odchodne „Wyrzekłeś się swojego grzechu. Pokaż teraz ile warte jest twoje słowo.”

No i co, ile jestem warty? Przez długi czas nie dało mi to spokoju. Tyle razy plotę bez sensu. Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Źle jest, gdy nie wywiązuję się z obietnic, lub kłamię. Zdałem sobie sprawę, że faktycznie słowo jest miarą wartości człowieka i spojrzałem na siebie z boku. Może nie kłamię zbyt często, nie mam takiej potrzeby. Ale co z przysięgami? Do spowiedzi ciągle latam jak szalony(tylko to odciąga mnie od ciągłego upadania), ojcu ciągle powtarzam, że coś zrobię, a potem jest, jak zawsze nie zmienia się nic. Siebie nawet okłamuję. Widmo wywalenia ze studiów uderzyło moje oczy, była wola i postanowienie… nic się nie zmieniło. Nie będę pisał, jak źle się wtedy czułem.

Było źle, ale był to też mój kolejny nawrót do Boga. Gdy pamiętam o Nim w swoim życiu, to dopełniam obietnic. W sumie wyszło na dobre. Od 4 lat zawsze na jesień osiągam kolejny stopień poznania Boga. Tym razem ten moment był w styczniu. Opiszę te stopnie innym razem(nienawidzę tego fragmentu w innych blogach, przykro mi, że teraz to napisałem).

Zaobserwowałem też, jaką potężną moc ma słowo. Takie zwykłe pytanie:”Zrobiłeś zadanie?”. „Nie, wczoraj miałem dużo zajęć, nie miałem czasu, sory, zaraz zrobię”. Nawet przy sensownych powodach, gdy ktoś się kaja, to odczuwamy nad nim wyższość. Słabiej postrzegamy taką osobę i niedokładnie odbieramy przekaz jej słów. Natomiast dialog:
-Zrobiłeś zadanie?
-Nie.
-Kiedy zrobisz?
-Jak wrócę, za 5 minut.
Te słowa mają moc, mają silny przekaz. Dopiero niedawno zrozumiałem przypowieść o tym, by mówić „tak, tak, nie, nie”. Silne stanowcze słowa.
Organizacja „przymierze wojowników”, którą śledzę kładzie duży nacisk na ograniczanie słów. Tego też nie rozumiałem. Myślałem, że skoro mało z ludźmi rozmawiam, to mnie to nie dotyczy. Teraz wiem, że chodziło o prostotę codziennej komunikacji. Prawdziwy mężczyzna ma swoje zdanie, jest stanowczy. Może spotkać się z kolegami, może rozmawiać, ale wtedy, gdy jest na to czas i miejsce.

A tak w ogóle, to nie podoba mi się ten wpis. Wyszedłem z wprawy. Mam nadzieję, że to kwestia czasu, jak wrócę do formy. Druga istotna rzecz, to anonimowość tego bloga. Zawsze pisałem go w samotności, intymnie. Teraz mieszkam w akademiku i gdy zaczynałem ten wpis, to jeszcze kolega siedział niedaleko, to bardzo rozprasza.